Pochodzę z rodziny, w której Bóg, kościół i wiara katolicka były bardzo ważne. Chodziliśmy do kościoła nie tylko w niedzielę, ale również w tygodniu. Mama codziennie pilnowała, abyśmy odmawiali pacierz i co miesiąc chodzili do spowiedzi. Przez wiele lat byłem też ministrantem. Byłem posłusznym dzieckiem i stosowałem się do tego, co rodzice i księża zalecali. Postrzegałem Boga jako tego, który za dobro wynagradza, a za zło karze.
W 2001 roku trafiłem do katolickiego stowarzyszenia „Genezaret”. Biorąc udział w spotkaniach małej grupy oraz na wyjazdach słyszałem o Panu Jezusi – o tym, że można nawiązać z nim osobistą relację. Spotykając się w grupkach dużo rozmawialiśmy o Bogu, jak On działa w naszym życiu. Na jednym z wyjazdów poznałem Asię, z którą się zaprzyjaźniłem. Asia zachęciła mnie do przeczytania fragmentu Księgi Wyjścia o Józefie. Czytając tą opowieść zdecydowałem, że przeczytam całą Biblię – co też mi się udało. Pewnego razu przypomniała mi, że Pan Bóg mnie kocha i że chciałby się ze mną przyjaźnić. Wystarczy tylko, żebym uznał swoją grzeszność, podziękował Panu Jezusowi, że własną krwią zapłacił za moje grzechy i zaprosił do mojego serca, abym mógł codziennie odczuwać Jego obecność. Tamtego dnia wróciłem do domu z książeczką „Cztery prawa duchowego życia”, przeczytałem ją i krótką modlitwą zaprosiłem Pana Jezusa do swojego serca. Po modlitwie nie wydarzyło się nic spektakularnego, ale Asia powiedziała mi, że skoro zaprosiłem Pana Jezusa, to On na pewno z tego zaproszenia skorzystał.
Z perspektywy czasu widzę, że Pan Bóg rzeczywiście skorzystał z tego zaproszenia, bo widzę Jego działanie w moim życiu i Jego troskę o mnie. Lubię chodzić do kościoła, bo odczuwam przyjemność spędzając czas z bogiem. Systematycznie się modlę. Jak natrętna wdowa proszę Boga o Jego działanie w życiu moim, moich bliskich i przyjaciół. Codziennie czytam Biblię, która daje mi nadzieję i pewność szczęścia w wieczności.