Od kiedy pamiętam Bóg był obecny w moim życiu. Urodziłam się i pochodzę z Ostrowa Wlkp. W moim domu zawsze chodziło się regularnie do kościoła, od najmłodszych lat zostałam nauczona codziennych modlitw, początkowo modliłam się z mamą lub tatą, później już modliłam się samodzielnie. Rodzice zadbali o to, żebym była włączona do wspólnoty kościoła poprzez sakramenty. Jeden z moich dwóch braci był ministrantem, co świadczy o tym, że moim rodzicom zależało na dobrym wychowaniu swoich dzieci w duchu katolickim. Regularnie przyjmowaliśmy kolędę i w miarę upływu roku liturgicznego byliśmy obecni w kościele, przestrzegając przy tym wymaganych obrzędów i tradycji. W moim domu rodzinnym obecne były święte obrazy oraz krzyż. Kiedy się modliłam najczęściej wpatrzona byłam w obraz Pana Jezusa z odkrytym, promieniującym sercem, który bardzo działał na moją wyobraźnię. W biblioteczce obok innych książek mieliśmy także Pismo Święte, choć nie było ono czytane ani przeglądane. Po prostu było obecne w domu …
Od dziecka byłam wrażliwą osobą. Lubiłam dzielić się z innymi tym co miałam. Przyjaźnie nastawiona byłam do swoich koleżanek i kolegów. Starałam się żyć uczciwie, spokojnie, zgodnie z przykazaniami oraz ogólnie przyjętymi normami moralnymi. Znajomych dobierałam sobie według podobnego klucza tj. żyjących w podobny do mnie sposób, w takim kręgu znajomych czułam się po prostu bezpiecznie. W szkole raczej nie sprawiałam kłopotów, uczyłam się bardzo dobrze, swoje obowiązki wykonywałam zgodnie z oczekiwaniami rodziców. Byłam karnym dzieckiem, raczej nie przychodziły mi do głowy jakieś „głupie” pomysły. Mimo, że czasami się buntowałam wobec panujących w naszym domu zasad, to jednak przestrzegałam ich. Tak jak wspomniałam na początku, Bóg zawsze był obecny w moim życiu. Jego obraz jednak zmieniał się w miarę jak przybywało mi lat. W dzieciństwie był to obraz miłosiernego, troskliwego Ojca, do którego zanosiłam z ufnością codzienne modlitwy. W późniejszym etapie mojej młodości ten obraz był już nieco surowszy, gdyż uświadomiono mi, że Bóg to także Sędzia Sprawiedliwy, który za dobre wynagradza, a za złe karze. I ten obraz pozostał w moim umyśle na dalsze lata mojego życia. Żyłam w świadomości, że na niebo muszę sobie zasłużyć… I to poprzez dobre uczynki. Zależało mi żeby żyć w zgodzie z Bogiem, starałam się, na ile byłam w stanie, być dobrym człowiekiem, mimo to wciąż żyłam ze świadomością tego, że nie jestem w stanie na to niebo zapracować, bo jestem grzeszna. I to nie dawało mi spokoju przez dalsze lata. Mój obraz Boga coraz bardziej stawał się zniekształcony….
Kiedy kończyłam liceum mój światopogląd zaczął się mocno zmieniać. Media, książki, czasopisma oraz sposób życia niektórych moich znajomych pozwoliły mi spoglądać na życie z innej perspektywy. Wkraczanie w dorosłość było dla mnie z jednej strony fascynujące, a z drugiej strony wzbudzało pewien lęk i niepokój. Z jednej strony chciałam wyrwać się z rodzinnego domu, usamodzielnić się już jako dorosła osoba i żyć niezależnie od rodziców, a z drugiej strony obawiałam się, jak ja się w tej rzeczywistości odnajdę?. Bóg nadal był mi bliski choć już nie tak bardzo jak dawniej… Owszem pamiętałam żeby modlić się kiedy było mi trudno, np. przed trudnymi sprawdzianami, egzaminami, maturą, a potem egzaminami na studia. Kiedy mi na czymś zależało częściej prosiłam o to Boga, modlitwa była wówczas bardziej gorliwa, zgodnie z zasadą „Jak trwoga to do Boga”. Jednak gdy już było po egzaminie, sprawdzianie, czy innej trudnej sytuacji często już o Bogu nie pamiętałam, nie miałam w zwyczaju przychodzić do Niego, żeby dziękować za to, o co wcześniej prosiłam.
I tak udało mi się dostać na studia do Poznania na Akademię Ekonomiczną. Zmieniłam środowisko znajomych. Zamieszkałam w akademiku, gdzie Pan Bóg zatroszczył się o odpowiednie towarzystwo dla mnie. Trafiłam do pokoju, w którym mieszkała dziewczyna wierząca. Widziałam, że Bóg był dla niej kimś ważnym, chodziłyśmy razem na niedzielne msze święte do pobliskiego kościoła. Ona jednak na tym nie poprzestawała… Na jej półce znajdowało się małe Pismo Święte. Ponadto chodziła na spotkania z innymi wierzącymi. To bardzo mnie zaintrygowało gdyż dotychczas nie były mi znane inne praktyki chrześcijańskie poza uczestnictwem w mszach świętych lub innych nabożeństwach. Po pewnym czasie Benia zaproponowała mi udział w jednym z takich spotkań biblijnych. Było to dla mnie nowe i interesujące doświadczenie. Zapragnęłam podobnie jak ona i inni młodzi ludzie, których tam poznałam, zgłębiać tajemnice zawarte w Biblii. Wszystko to zbiegło się w czasie z wyjazdem studenckim na Sylwestra do Błażejewka w 1992r. Miałam tam pojechać z Benią ale w ostatniej chwili okazało się, że ona nie może tam pojechać. Zupełnie „przypadkiem” pojechałam tam z pewnym chłopakiem, poleconym mi przez Benię, który po kilku latach stał się moim mężem. Na tym wyjeździe poznałam wielu ludzi, którzy zarażali swoją żywiołowością, a przede wszystkim żywą relacją z Jezusem. Bardzo mi to zaimponowało i zapragnęłam mieć podobną, żywą relację z Jezusem. To właśnie tam zrozumiałam, że prawdziwa wiara to relacja. Usłyszałam, że w życiu najważniejsze to powiedzieć „TAK” Jezusowi. Podjęłam tą najważniejszą decyzję u progu Nowego 1993r. Później jeszcze kilka razy ją powtarzałam bo wydawało mi się, że jeden raz nie wystarczy. Bardzo zapadł mi wówczas w pamięci fragment z Listu do Rzymian (10 rozdz. 9 werset) „Jeżeli więc ustami swoimi wyznasz, że JEZUS JEST PANEM, i w sercu swoim uwierzysz, że Bóg Go wskrzesił z martwych – osiągniesz zbawienie. Bo sercem przyjęta wiara prowadzi do usprawiedliwienia, a wyznawanie jej ustami – do zbawienia.” Wyznałam swą wiarę ustami i uwierzyłam w sercu Jezusowi. Odkryłam wtedy rozwiązanie nurtującego mnie od kilku lat problemu zbawienia i naszego w nim udziału. To było dla mnie jakby odkrycie Ameryki! WOW! Nie muszę zapracować sobie uczynkami na zbawienie bo Bóg ma inny, doskonalszy plan! Odkryłam to w innym fragmencie Pisma Świętego (Ef. 2,8-9) „Łaską bowiem jesteście zbawieni przez wiarę. A to pochodzi nie od was, lecz jest darem Boga:  nie z uczynków, aby się nikt nie chlubił.  Jesteśmy bowiem Jego dziełem, stworzeni w Chrystusie Jezusie dla dobrych czynów, które Bóg z góry przygotował, abyśmy je pełnili.”
Dziś z perspektywy kilkudziesięciu już lat (25) nie żałuję tej podjętej decyzji pójścia za Jezusem. Dzięki Niemu  moje życie stało się wartościowe i bogate. Od kiedy zaufałam Jezusowi:
  1. Pismo Święte jest moją codzienną lekturą, tam szukam mądrości, inspiracji, pokoju.
  2. Modlitwa wypełnia moje życie. To już nie tylko wieczorny pacierz i niedzielna Eucharystia. Modlę się również w ciągu dnia, rano kiedy idę do pracy, kiedy przemieszczam się komunikacją po mieście, kiedy wykonuję jakieś obowiązki w domu itd. Czasami udaje nam się także modlić całą rodziną, co jest dla mnie cudem! Modlę się z innymi chrześcijanami i raduję się, kiedy Pan na te modlitwy odpowiada pozytywnie. Nauczyłam się modlić własnymi słowami. Czasem to krótkie westchnienia np. „Panie, pomóż w tym problemie” lub „Panie opiekuj się i chroń mnie od złego” itp.
  3. Tu w Genezarecie mam wspólnotę wierzących, od których otrzymuję olbrzymie wsparcie i ja sama również mogę służyć swoimi darami innym braciom i siostrom.
  4. Jestem wdzięczna Panu za każdy dzień, za wspaniałą rodzinę, którą mnie obdarzył, od której też codziennie otrzymuję wielkie wsparcie. Staram się dziękować Bogu także za drobne rzeczy, jest ich naprawdę bardzo dużo, wystarczy je tylko dostrzegać i umieć koncentrować na nich uwagę.
  5. Mam świadomość moich słabości i niedoskonałości. Walczę codziennie z nimi ale mocą, którą czerpię z relacji z Jezusem. Na zakończenie zacytuję pewien tekst, który ostatnio ktoś ze wspólnoty podesłał mi, a który bardzo pasuje, myślę, że nie tylko do mnie:
„Daleko mi do ideału ale w Jego oczach jestem warta tego, by oddać za mnie życie.”