Zawsze lubiłam chodzić do kościoła i na lekcje religii. Dobrze pamiętam katechezy ze szkoły podstawowej. Z zaciekawieniem słuchałam tych wszystkich historii o bohaterach Starego Testamentu, przypowieści z Nowego i oczywiście tych związanych z Jezusem. Trochę czasu zajęło mi by odkryć, że to wszystko zdarzyło się naprawdę. W domu uczono mnie, by być dobrym człowiekiem. Z chęcią pomagałam innym. Z czasem nadszedł czas młodzieńczego buntu i poszukiwania odpowiedzi na tysiące pytań. Jaką drogą iść, czym zająć się zawodowo, czy podołam różnym zadaniom… Było też jedno szczególne pytanie co Bóg zrobi ze mną jak umrę? Czy moje dobro zrównoważy czynione również zło grzechu?
W drugiej klasie liceum zmieniono nam katechetę. Przyszedł ksiądz. Katechezy stały się inne. Na każdą lekcję przynosił Pismo Święte. Czytaliśmy je wspólnie. A zdaniem, które słyszałam najczęściej było: Bóg cię kocha. Zaczęły rodzić się we mnie nowe pragnienia: żeby codziennie czytać Biblię, żeby się modlić własnymi słowami, żeby być blisko Boga. To wszystko sprawiło, że zaczęłam odkrywać nowy obraz Boga, Kościoła, siebie. Odkryłam, że nie chodzi tylko o to, by wierzyć w Boga, ale potrzeba jeszcze wierzyć Bogu. Jezus stał się bliskim Przyjacielem, a nie odległym Panem i Sędzią. Katechezy w szkole to było już za mało. Zaczęłam uczestniczyć w grupach biblijnych w naszej parafii. Po dobrym roku przyszedł czas, by samemu taką grupę poprowadzić. I to był dla mnie czas dynamicznego wzrostu w wierze.
Wciąż na nowo odkrywam miłość, dobroć, troskę, potęgę, bliskość Boga. Pomimo różnych zawirowań, smutków, braków, moje serce jest napełnione pokojem. Jezus jest wierny swojej obietnicy „nie opuszczę cię i nie pozostawię”. Gdy dziś zastanawiam się co Bóg zrobi ze mną po śmierci przepełnia mnie nadzieja, że Tobie Panie zaufałam, nie zawstydzę się na wieki.
Hanka